
Wystarczy 1500 angielskich słów i trochę energicznego machania rękami, by barman w Bangkoku zrozumiał co podać, a ochroniarz w Atenach nie spuścił nam łomotu. Tak mniej więcej wygląda zasada działania globish (od zbitki słów global + English, czyli „globalny angielski”). Twórca pojęcia Francuz Jean-Paul Nerrière-definiuje go, jako uproszczony angielski dla osób, które pochodzą z krajów nieanglojęzycznych. Zaznacza jednak, iż w istocie nie jest to język, a jedynie narzędzie do porozumiewania się. Narzędzie bardzo proste, bo pozbawione gramatyki i struktury. Zamiast lat żmudnej nauki angielskiego, wystarczy w 182 dni opanować mały słownik i cieszyć się brakiem barier w komunikacji z obcokrajowcami. Przecież zamiast „siostrzenica” można powiedzieć „córka mojej siostry” i zostać lepiej zrozumianym. Albo po co uczyć się takiego słowa jak „dainty” (wykwintny, wyrafinowany) skoro istnieje prostsze „nice” (miły, fajny). Zdaniem Nerrière’a nie chodzi o to, żeby błyszczeć elokwencją niczym absolwent Oksfordu, ale by skutecznie się komunikować. Dlatego zaleca budowanie prostych oraz krótkich zdań, bowiem im przekaz jaśniejszy i bardziej bezpośredni tym skuteczniejszy. Dla osób świetnie znających angielski to – czasami niezwykle skomplikowana - kwestia cofnięcia się w rozwoju. Zejście do poziomu wyrażania się prezentowanego przez Borata jest dla nich po prostu nie do przyjęcia.
Estetyka w zderzeniu z niechlujstwem
Jednak w opinii Nerrière osoba z kraju nieanglojęzycznego łatwiej porozumie się ze średnio mówiącym po angielsku rozmówcą niż ze studentem prestiżowej brytyjskiej szkoły wyższej. Francuz swoją teorię opiera na doświadczeniach, które wyniósł pracując jako wiceszef amerykańskiego koncernu IBM odpowiedzialny za marketing międzynarodowy. Praca wiązała się z dużą liczbą wyjazdów na Daleki Wschód, do Chin, Korei, Japonii, gdzie zawsze towarzyszyła mu grupa współpracowników. Poza Nerrière wszyscy oni byli Brytyjczykami i Amerykanami. O dziwo jednak kontrahenci ze Wschodu chętniej rozmawiali z Francuzem niż z jego kolegami. Popełniane błędy językowe oraz energiczna gestykulacja nie przeszkodziły, a nawet pomogły w komunikacji. Wyszło na to, angielski używany przez osoby nie będące native speakerami, w znacznym stopniu różni się od tego, którym posługują się mieszkańcy Wielkiej Brytanii bądź Stanów Zjednoczonych. Pierwszy jest mało elegancki i naszpikowany notorycznym łamaniem reguł gramatycznych, drugi zasobny w słowa, idiomy, pozwalający w pełni cieszyć się literaturą Virginii Wolf czy Williama Faulknera. Tyle, że w przypadku osób, dla których angielski nie jest językiem ojczystym łatwość porozumienia się w globish deklasuje możliwość przeżywania estetycznego orgazmu wywołanego opisem letniego słońca gasnącego pośród dzikich wrzosowisk Kornwalii.
Fenomen XXI wieku
Jak szacuje Nerrière na świecie około 500 mln osób mówi w globish, równocześnie zaznaczając, że świadomych tego faktu jest już znacznie mniej. Choć dzięki mediom coraz częściej opisującym ten współczesny lingwistyczny fenomen sytuacja może się wkrótce zmienić. Pytanie czy globish ma szansę zyskać sobie rzesze wyznawców jest właściwie bezzasadne. To już stało się dawno temu, bo przynależność do tej grupy nie jest kwestią stricte świadomego wyboru. Globish funkcjonuje dziś jako lingua franca, będąc środkiem komunikacji pomiędzy różnojęzycznymi grupami ludzi. W miarę zacieśniania się kontaktów biznesowych np. mieszkańców Europy Zachodniej i Wschodu globish ma szansę zyskać nowych entuzjastów. Kiedy przełamany zostanie strach przed barierą językową, a do wymiany opinii wystarczy kilka słów na krzyż, wspomaganych sprawnymi kończynami może okazać się, że globalny angielski jest w istocie graniczącym z perfekcją narzędziem międzynarodowej komunikacji.
1-4 (4) 
1-4 (4) 
Dodaj komentarz do tego artykułu:







